Lamalera –wioska wielorybników

Lamalera to odizolowana wioska rybacka na niewielkiej wyspie Lembata, 1900 kilometrów na wschód od Dżakarty, ostatnim na świecie miejscem, gdzie w tradycyjny sposób poluje się na wieloryby z pokładu prymitywnych drewnianych łodzi, za pomocą drewnianych harpunów. Rybak wskakuje do wody razem z harpunem, by wbić ostrze w zwierzę. Metoda polowania oraz wykorzystywane narzędzia praktycznie nie uległy zmianie od kilkuset lat. Wielorybnicy wierzą że ich łodzie są święte i, nieśmiertelne. Antycznymi łodziami, przemierzają Morze Savu w poszukiwaniu wielorybów, diabłów morskich i gigantycznych rekinów. W palącym tropikalnym słońcu, ciemnoskórzy mężczyźni stają do walki z prostymi narzędziami w rękach, tak jak to robili ich przodkowie ponad siedemset lat temu. To zwiastun z wyprawy do tego odległego miejsce na naszej planecie. Tam dalej już nie ma nic, bezkres oceanu i droga do Australii. Tu nie ma telewizji, nikt nie interesuje się światem na zewnątrz. Świat kończy się na tej wiosce.

Kupang-Larantuka

Nasza podróż w przeciwieństwie do poprzednich nie była precyzyjnie zaplanowana, kupiliśmy tyko bilety na przeloty samolotami w dwie strony. Wiedzieliśmy że głównym celem jest wyspa Lembata i odizolowana wioska wielorybników Lamalera. Dalej wyspa Flores oraz inne mniej lub więcej ciekawe miejsca o których napiszę w następnych częściach. Pierwszym etapem podróży po  południowej Indonezji był rejs promem z Kupangu do Larantuki, która jest małym miasteczkiem portowym na wschodnim wybrzeżu wyspy Flores. Podróż trwała 17godzin. Może jest to wolniejszy środek transportu od  małego samolotu, ale za to bardziej ciekawy ponieważ spotkałem tam  ciekawych ludzi. Doświadczyłem wielu emocji, zobaczyłem w  jakich warunkach mieszkańcy tych wysp podróżują i przewożą towary.

Byliśmy jedynymi białymi ludźmi w tym rejonie. Damian od pierwszych dni był nazywany: ”Botak” czyli (łysy) i Ja „Bagus” (dobry chłopak) i  tak zostało niemal do końca naszej wędrówki. Dwóch białych ludzi budziło duże zainteresowanie niemal w każdym miejscu w którym się pojawialiśmy. Ludzie witali nas życzliwie i z uśmiechem na twarzy. Niestety porozumiewanie sprawiało sporo kłopotów ponieważ bardzo mało ludzi w tym rejonie mówi po angielsku. Już w pierwszych dniach poznaliśmy kilka podstawowych słów: bagi, makasi, pagi, sama sama  –daj, dziękuję, dzień dobry,proszę. Promy są  niewielkie i przewożą dosłownie wszystko. Mają trzy poziomy, w dolnym towary , wyżej dwa przedziały dla ludzi, natomiast górny przedział przeznaczony był dla załogi. Jako jedyni cudzoziemcy szybko nawiązaliśmy dobre stosunki z kapitanem statku. Początkowo zajmowaliśmy miejsca w środkowej części promu lecz ze względu na plagi robactwa i upał noc spędziliśmy pod gwiazdami na górnym pokładzie.

O piątej rano kapitan obudził nas z informacją ze nasza podróż do Larantuki dobiegła końca. Wkrótce  potem przywitał nas wschód słońca nad oceanem.

Larantuka-Lewoleba

Larantuka –to małe portowe miasteczko na wschodnim wybrzeżu wyspy Flores. To jedyne miejsce w tym rejonie z którego wypływają statki do Lewoleby miasteczka portowego na wyspie Lembata. Pierwszy statek wyrusza o ósmej rano. To niewielki drewniany stateczek  przepełniony ludźmi i towarami, koszt za os.40000Rp . Rejs trwa ok. 4godziny, my jednak po dłuższym namyśle zdecydowaliśmy się pokonać ten dystans szybszym i droższym (100000Rp) środkiem lokomocji. Łodzią motorową która miała pięć silników każdy po 200KM. Ten sam dystans pokonaliśmy w  tyko jedną godzinę, a zależało nam na czasie bo tego dnia mamy w planie dotrzeć do celu; do wioski wielorybników Lamalery.

W Lewolebie czekamy na jakiś transport. Co jakiś czas odjeżdżają samochody ciężarowo-osobowe, ale  w inne części wyspy. Takie samochody wydają się tu niezastąpione ponieważ drogi a raczej coś co je przypomina trudno przejechać lepszym samochodem. Na dachach tych pojazdów przewozi się towary, ludzi a nawet żywe świnie. Przychodzą nam do głowy myśli  że utknęliśmy tu na dobre. Jest już południe a my nadal czekamy, pijemy ciepłe piwo „Bintang”  i mamy nadzieję że coś wreszcie przyjedzie i wieczorem dotrzemy do celu. 

Lewoleba-Lamalera

Wreszcie doczekaliśmy się, przyjechał nasz pojazd, mieszkańcy podnieśli wrzawę wykrzykując do nas Lamalera….. Lamalera…. !!!. Niezwłocznie pospieszyliśmy plecaki powędrowały oczywiście na dach a my wcisnęliśmy się do wnętrza ciężarówko – autobusu. Mieliśmy do przejechania około 40km i mieliśmy nadzieję że szybko pokonamy ten dystans. Już po 15minutach wiedzieliśmy że będzie to cała wieczność. Szczątki asfaltu miejscami pokrywały drogę, a nasz samochód w porywach rozwijał prędkość 30 km/godz. Droga prowadziła pośród bujnej tropikalnej roślinności z różnych stron pojawiały się na przemian drzewa bananowców oraz zastygnięte powulkaniczne skały. Trudno było wytrzymać w naszym aucie bo słońce paliło niemiłosiernie. Z niecierpliwością wyczekujemy naszego celu, mijamy kilka małych wiosek, ludzie machają na przywitanie, a dzieci krzyczą: mister… mister…!!! Nie mam pojęcia jak oni wypatrzyli dwóch białasów w tym zatłoczonym samochodzie. Po długich czterech godzinach jazdy docieramy do głównego celu naszej podróży wioski wielorybników Lamalery.Główny wjazd do wioski przywitał nas głowami wielorybów, które znakomicie podkreślały charakter tego miejsca.

Lamalera –wioska wielorybników 

Kierowca ciężarówki wysadził nas przed niewielkim domem, który okazał się naszym schronieniem na najbliższe dni. Spaliśmy w bardzo skromnym niedużym pokoju w którym były dwie prycze z moskitierami. W dzień niema tu prądu i bieżącej wody. Agregat prądotwórczy uruchamia się po zmroku. Pokoje oczywiście bez łazienek, lecz o tym lepiej się nie będę rozpisywała bo przekraczało to wszelkie wyobrażenia. Pierwsze kroki po karkołomnej jeździe skierowałyśmy w stronę oceanu. Słońce jeszcze nie zaszło a my spragnieni chłodu zanurzyliśmy się w burzliwych falach oceanu. To miejsce nie sprzyja kąpielom, bo dno pokryte jest wulkaniczną lawą a krawędzie są bardzo ostre i łatwo tu o kontuzję.

Zatoka od razu kojarzy się miejscem połowu ryb i to w dodatku nie małych. Widać sporo resztek olbrzymich części kręgosłupów czaszek isuszonego mięsa.

Mała plaża  jest głównym miejscem tej małej wioski. Tu stoją  święte i antyczne łodzie wielorybników, to tu odbywają się wszelkie prace związane z połowami ryb. Oczywiście robimy kilka zdjęć bo słonko chowa się szybko nad wzgórzami starego wulkanu.

Lamalera – pierwsze ryby

Kolejny dzień na wyspie wielorybników zaczyna się wcześnie rano. Koguty pieją już od świtu. W tej części świata słonko wschodzi o szóstej rano i zachodzi o osiemnastej. Tak więc już o piątej trzydzieści pobudka, w sumie to nawet jesteśmy zadowoleni bo chcemy zobaczyć co dzieje się nad oceanem. Pośpiesznie udajemy się na brzeg zabieramy sprzęt do fotografowania i filmowania. Chcemy zrobić kilka zdjęć przy wschodzącym słońcu. Ku naszemu zdziwieniu nie jesteśmy tu sami. Jest już spore zamieszanie bo rybacy wyciągają z wody ryby. Robimy kilka zdjęć przepięknym mantom.

Manta – gatunek ryby orleniokształtnej nazywany również diabeł morski. Jest to największy przedstawiciel mantowatych. Tego poranka było ich około piętnaście sztuk. Role są tu  podzielone jedni łowią inni zajmują się patroszeniem ryb. Jednak wszystko jest odbywa się w spokoju i harmonii.

Widzimy w głębi oceanu łodzie, mamy cały czas nadzieję że zobaczymy jak wielorybnicy przypłyną z  największym ssakiem  które żyje w oceanie.

Tego dnia jednak nie było wieloryba, lecz kilka delfinów. Zawsze myślałem że nikt nie łowi już tych miłych i przyjaznych człowiekowi zwierząt.