Jest to opis wyprawy połączonej z trekkingiem w tropikalnych górach zachodniej Papui we wschodniej części Doliny Baliem, w celu poznania tradycyjnych kultur plemion Dani i Yali. Znajdą się tu zdjęcia i filmy z jeszcze dzikich i dziewiczych  zakątków tego fascynującego świata, potomków łowców głów, wojowników, ostatnich kanibali i kilkusetletnich mumii.

8-09-2011

Wylatujemy z Gdańska do Helsinek, następnie już w komplecie do Singapuru i dalej do Dżakarty.Tu musimy wymienić dolary na Rupie, mają tu lepszy kurs niż w Papui 8400Rp za $.  Kolejny etap to lot przez Makasar do Jayapury. Na przelot do Wameny musimy poczekać, samoloty w Papui latają jak chcą. Dowiedzieliśmy się, że jakiś minister lata nad Papuą więc cierpliwie czekamy, siedząc na własnych plecakach. Mija kilka godzin; hałas,zaduch i harmider. Masa ludzi oczekuje na odprawę. Wreszcie ruszyło się, nas białasów traktują wyjątkowo.  Odprawiają nas do Wameny poza kolejnością.  Następne godziny oczekiwania i  jest nasz samolot transportowo- osobowy. Lot z Jayapury do Wameny trwa około godziny. Za oknem widać olbrzymie tereny górzyste porośnięte bujną roślinnością. Żadnych zabudowań, co jakiś czas pojawia się kręta rzeka.

Jeszcze wizyta w pobliskiej wsi, gdzie starszyzna przechowuje mumię swojego przodka o imieniu Czif. Pochodzi z plemienia Dani. Był on wybitnym łucznikiem i posiadał 10 żon. Z informacji wynika ze mumia ta ma 367 lat

11-09-2011

Dziś wyruszamy na trekking do płaskowyżu góry Elit. Nasz przewodnik Romi okazał się punktualny, zabiera nas z hotelu o 7 rano. Ładujemy się do starego busa; nasza piątka przewodnik i 11 osób z obsługi. Na pobliskim bazarze robimy ostatnie zakupy i jedziemy do Kurimy.

Po załatwieniu pozwoleń od policji o  jedenastej rozpoczynamy dalszą część trekkingu w kierunku Hitugi.O 14.20 jesteśmy w Ugem. Damian w pierwszy dzień skręcił stopę, przestraszyłem się bo w pierwszy dzień wypadek to po prostu pech. Jednak potwierdził się jego góralski charakter i mimo skręcenia podąża wytrwale za grupą. Mały przystanek na odpoczynek. Romi wyjmuje świeżutkie ciasto, które kupił w Wamenie, a Teresa talerz z podręcznego plecaka; zdziwiłem się, co ona może jeszcze tam mieć, cóż, ale przydał się. Dorota nakręciła kawałek filmu na wiszącym moście nad rzeką Baliem. Późnym popołudniem docieramy do Hitugi. Mieszkańcy wioski szybko się zbiegli, bo białas jest tu rzadkością. Dzieci i dorośli przyglądali się nam z ciekawością. Spędzimy w tej wiosce pierwszą noc w chatce na deskach. Tego wieczoru chcieliśmy podzielić się częścią prezencików, które przywieźliśmy z Polski. Damian wpadł na pomysł, aby urządzić mały konkurs. Dzieci miały narysować na kartkach  to co lubią lub o czym marzą. Zebraliśmy sporo prac, były różne, niektóre śliczne. Prawie całą noc padał deszcz. Wszyscy się przebudzili o północy. Drewniana podłoga i różnice w czasie 8 godzin dały o sobie znać.  Tu noc zaczyna się o 18 a wschód słońca o 6. I tak jest tu zawsze. Ła- po papuasku - dziękuję

12-09-2011

Z Hitugi do Jogosziny na 2300 m npm. przez Yuarimę. Śniadanie rozpoczynamy tradycyjnie o 7 rano i zaraz po śniadaniu ruszamy w kierunku Yuarimyj. Po dwóch godzinach marszu zboczami gór jesteśmy w wiosce  Yuarimie. Tu robimy mały odpoczynek i kilka fotek tubylcoz koteką z plemienia Dani.

W tym miejscy jest tradycyjny  drewniany mostek podwieszony na lianach a dołem płynie rzeka Baliem. Romi nasz przewodnik sprawdza czystość wody w rzece bo dostęp będzie coraz bardziej ograniczony, będziemy musieli pić wodę z e strumyków i rzek.  Kurcze !!!!! znów zaczyna padać deszcz, a droga pod górę jest kamienista z domieszką błota więc szybko  zrobiła się bardzo śliska.

W górnej części wioski położonej około sto metrów wyżej musimy poczekać, może przestanie padać. Grupka dzieci w skromnych i starych koszulkach z ciekawością przygląda się naszej ekipie. Chatki są tu jak wszędzie okrągłe w kształcie ula, drewniane kryte strzechą. Mają jedno małe wejście które spełnia rolę drzwi i zarazem okna. Są to bardzo skromne domki w których żyje cała rodzina. W ich wnętrzu jest klepisko wysłane sianem, na środku jest palenisko gdzie sporządzane są posiłki. Z ich wnętrza wydobywa się specyficzny zapach ogniska, dymu i wilgoci. Damian znalazł sobie  pod jakimś daszkiem legowisko na desce a Dorota pod chatką - oni  to mają farta. Robimy kilka zdjęć i ujęć filmowych, deszcz nie przestaje padać. Decydujemy się na dalszą drogę  bo nie zapowiada się na poprawę pogody.

Po godzinie docieramy do strumienia . Tu zjemy lunch pod osłoną plandeki . Zupka z kapustą i makaronem okazała się zbawienna. Po małej przerwie ruszamy w górę. Zbocza gór są tu porośnięte bujną roślinnością, a także storczykami  i drzewiastymi anturiami. Deszcz przestał wreszcie padać i po dwóch godzinach docieramy do Yogoshimy. Jest tu małe lotnisko dla awionetek. Spotykamy  kilka osób z Hiszpanii, wracali z trekkingu. W tej wiosce spędzimy noc w kempingach . Szybka kąpiel w górskim, lodowatym strumieniu, oczywiście pod czujnym okiem gromady dzieci i kolacja. Jest już ciemno, piękna gwieździsta noc . Kilka fotek ze statywu  i przymusowe spanie o dwudziestej. Noc była zimna, deski na podłodze ze szparami. Karimata i śpiwór okazały się niewystarczający. Wioska nie wywarła na mnie większego wrażenia. Brak tu tradycyjnych plemion. Wszyscy ubrani w koszulki, cywilizacja wkracza tu wielkimi krokami.

13-09-2011

Do Kiromy idziemy  przez wspaniały las porośnięty bujną i soczystą roślinnością. Pogoda nam dopisuje. Słonko pali niemiłosiernie, cienka przewiewna koszula z długim rękawem sprawdza się tu idealnie. Mijamy wioskę w Kirumie i docieramy do rzeki Mugi, która ma początek na szczycie Togosa, a dalej łączy się z rzeką Baliem. Na kamienistej plaży robimy małą przerwę na posiłek. Suszymy buty i stopy, po przeprawach przez rwące rzeki . W tej chwili” zawartość „Teresy plecaka znów się przydaje, maść na odciski i  podrażnienia  przynosi ulgę.

Ruszamy dalej wzdłuż  górskiej rzeki aż do Mulubagik. Romi szybko zorganizował z gałęzi i plandeki wiatę, bo oczywiście  zaczął padać deszcz . Pozostali schronili się w starej opuszczonej chacie. Nasz kucharz  zaczął coś pitrasić na ognisku. Z buszu wyłonił się jeden tubylec  z plemienia Yali odziany w tradycyjny ubiór czyli rotan i kotekę. Oczywiście poprosiłem go o kilka zdjęć. Wynagrodziłem mu to paczką papierosów z których bardzo się ucieszył.

To była pierwsza  noc którą  spędziliśmy w namiotach . Nikt z nas nie mógł zasnąć, słychać było  donośny szum rzeki i dziwne odgłosy z głębi buszu . Musiała to być grupa tubylców  udających się do swojej wioski. Byłem nieco zdziwiony, że o godzinie dwudziestej w ciemnościach ktoś chodzi. Ludzie z okolicznych plemion boją się czarownic, więc w nocy nikt nie chodzi. W tą dziwną noc tabletki nasenne okazały się zbawienne.

14-09-2011

Dziś trudno było się wydostać z namiotu. Wilgoć jest tu niesamowicie wysoka. Wszystko co jest na zewnątrz staje się wilgotne i mokre. Poranna kąpiel w lodowatej rzece, śniadanie i ruszamy w kierunku Mt.Elit. Koniec przetartych ścieżek, przedzieramy się przez stary i wysoki las. Olbrzymie zwalone pnie drzew tworzą naturalne przeszkody na tym błotnistym terenie. Po jakimś czasie docieramy do kamienistego koryta rzeki, która w promieniach porannego słońca maluje niesamowite scenerie.

Tego dnia chcemy dotrzeć do krateru góry Elit. Wspinamy się ostro korytem rzeki po urwiskach, ślizgich  kamieniach i powalonych pniach drzew. Z naszą obsługą tworzymy zgraną  grupę i wiemy, że możemy na sobie polegać. Zazwyczaj idziemy w parach(każdy z nas ma swojego pomocnika) i w trudnych sytuacjach możemy na nich liczyć. Często żartują i popisują się przed nami. Jest z nami młody chłopiec o imieniu Niko(anioł stróż Doroty). To bardzo dzielny i miły  kompan.  Pomimo tak młodego wieku (16lat) radzi sobie idealnie. Dzisiaj znowu przyniósł jej wiązankę kwiatów. Jest naszą maskotką, duszą towarzystwa.

No, ale pora ruszać dalej, a droga jest niebezpieczna, łatwo tu o kontuzję, a do Wameny daleko. Nasz kucharz właśnie poślizgnął się na mokrym pniu drzewa i mocno się poturbował. Dałem mu tabletki przeciwbólowe, a Damian żel. Po przerwie ruszamy dalej po stromym, mokrym zboczu krawędzi krateru. Ostatnie trzysta metrów  to ostre podejście, jest ciężko, ale wszyscy docieramy do celu. Widok zapiera dech. W plecaku mam przygotowaną flagę w barwach Polski i Indonezji z obrysem Papui. Wszyscy złożyliśmy podpisy na pamiątkę dotarcia w te niesamowite miejsce.

Po chwili rozpętała się burza chmury zakryły naszą górę. Ruszyliśmy w głąb krateru po bagnistym terenie. Nikt nie wiedział co nas czeka. Nagle za chmur wyłoniło się słońce, a promienie rozświetliły przepiękne paprocie drzewiaste, storczyki, fikusy, oleandry, skrzypy, widłaki oraz wiele innych gatunków roślin o których nie mam zielonego pojęcia . Aż zaparło nam dech. Czas tu się zatrzymał wiele set lat temu. Mieliśmy wrażenie, że w każdej chwili z bujnego lasu mogą wyłonić się dinozaury. Krótka sesja fotograficzna, kawałek filmu, pamiątkowe zdjęcie i ruszamy dalej.  Żal nam było opuszczać to miejsce ale czas nieubłaganie leciał, a my musieliśmy dotrzeć do następnego obozu, który zaplanował nasz przewodnik. Płaskowyż góry Mt. Elit to dwa kratery wypełnione bagnami . Drugi krater nie jest tak urokliwy, nie rosną w nim drzewiaste paprocie, a tylko trudne do przebycia bagna po skrajach porośnięte gęstymi drzewami. Kijki lub zwykłe kije w tym momencie były nie zastąpione. Przed wieczorem, umorusani w błocie, ale szczęśliwi  docieramy do obozu  w centrum drugiego krateru, przez który przepływa mały strumyczek. W Wangul  spędzimy kolejną noc w namiotach. Otaczający nas klimat, odgłosy rajskich ptaków  oraz dziwne nawoływanie  odległych plemion ( potomków kanibali) znów wprowadzają nas w prastary klimat . Miejsce i atmosfera panująca w takiej głuszy spowodowała, że o spaniu znowu nie było mowy. Wyobraźnia działała; Dorota zaczęła żartować kogo pierwszego wybiorą na przekąskę i jakie walory będą brane pod uwagę, śmiechu było co niemiara.

WANGUL-MULUBAGIK-KIROMA

15-16-09-2011

Droga powrotna z Wangul do Mulubagik była łatwiejsza bo wiedzieliśmy co nas czeka. Od godziny ósmej do dwunastej  z przerwami na sesje fotograficzne dotarliśmy do Mulubagik. Mamy sporo czasu na pranie i odpoczynek po nieprzespanej nocy. Romi podjął decyzję, że dziś nie idziemy dalej bo Kiroma jest zbyt daleko, a przed nocą nie zdążymy. Poranek następnego dnia przywitał nas piękną pogodą.Poranna kąpiel w lodowatej rzece , następnie śniadanie. Dziś są tylko dwa naleśniki przypominające budyń.Oczywiście część grupy nie jadła, podobno nie są głodni. Ruszyliśmy wzdłuż rzeki Mugi z Mulubagik do Kiromy. Początkowo droga prowadziła przez bagnisty gęsty las, następnie prze zwalone drzewa przechodzimy na drugi brzeg rzeki.Idziemy po dużych głazach  i coraz bardziej oddalamy się od Elit. Ostatnie spojrzenie na nasz szczyt i kierujemy się w górę dość stromą ścieżką w kierunku Kiromy. Przed wioską oczekują nas dzieci. Im bliżej celu tym jest ich coraz więcej. Pozowały nam do zdjęć z kwiatami , inni chłopcy na szczudłach demonstrowali swoje umiejętności.  Jest tu kościół i kilka domków krytych blachą- cywilizacja dotarła. Dzieci w starych brudnych koszulkach na bosaka idą za nami do centrum wioski. Większość z nich jest nieufna, boją się aparatu i kamer,lecz z upływem czasu to się zmienia. Dziś ostro świeci słonko co jest okazją do suszenia bielizny. Damian organizuje kolejny konkurs rysunkowy  dla dzieci. Wybraliśmy najlepsze prace, były naprawdę dobre, wszystkim rozdaliśmy drobne prezenty.

Dzieci miały sporo atrakcji, szalały z ciekawości, w wiosce zrobiło się spore zamieszanie. Do dzieci dołączyli starsi,   niektórzy mężczyźni mieli na sobie tylko kotekę. Dzień dobiega końca, olbrzymie chmury zakrywają otaczające nas szczyty.Robi się ciemno więc pora spać, ale Teresa z Dorotą jak zwykle z czołówkami na głowie grają w karty. Jutro czeka nas kolejny etap, ale o tym napiszę w części następnej .

Kiroma-Yogosima-Yuarema.

17-09-2011

W Kiromie Romi próbował zorganizować ceremonię, nawet już rozstawiłem statyw i resztę sprzętu, jednak nie udało się, bo większość ludzi z wioski była jeszcze w polu. Rano ruszyliśmy dalej ok. siedem godzin marszu do Yuaremy. Jedzenie się kończy brak chleba oczywiście tostowego, jemy więc tradycyjnie zupkę chińską z dodatkiem kapusty i marchewki. Dorota ją ulepsza – dodaje chili. Ja i Damian nie narzekamy, jemy co dają. Na kolację norma: ryż lub makaron,surówka z kapusty, czasami jakaś puszka. Oczywiście deszcz zaczyna padać w czasie trekkingu, ale już się przyzwyczailiśmy do takich warunków. Mijamy Yogosimę i dalej podążamy w kierunku Yuaremy, żeby przed wieczorem dotrzeć do celu. Tradycyjnie jak w każdej wiosce dzieci i dorośli zbierają się przed naszym obozem. Starsi oferują nam swoje wyroby: łuki, strzały, tasaki, korale itp. Ja kupiłem łuk ze strzałami  wcześniej w Kiromie. Polecił mi go nasz przewodnik Romi, uznał, że jest bardzo oryginalny. Wykonany był z drzewa żelazowego, cięciwa z bambusa, a strzały zakończone różnymi grotami.

Robi się szybko ciemno. Dziewczyny dziś śpią w namiotach, natomiast my robimy dezynfekcję i zajmujemy chatkę; nie boimy się pcheł i innego robactwa. Dzisiejszego wieczoru Romi wysłał Nameda  (tak miał na imię mój pomocnik i anioł stróż,który cały czas szedł blisko mnie i pomagał w transporcie)  po zakupy do Hitugi. Bez żadnych oporów, na bosaka, po ciemku wyruszył w drogę, ok. dwie godziny w jedną stronę. Długo nie wracał, robiło się dość późno, a co najgorsze ciemno. Zauważyłem, że Romi też się już martwi. Z latarką wyruszył na poszukiwanie Nameda. Co się okazało; Named stał i czekał w okolicy wioski, nikt z nas nie wiedział do końca co się stało, dlaczego i czego się bał. Było to bardzo dziwne i tajemnicze. Kupił nam coca colę; hahahaha jesteśmy szczęśliwi mamy coś innego do picia po tylu dniach. Następnego dnia wstałem wcześnie. Chcę zrobić kilka fotek w tej wiosce, lecz pogoda nie dopisuje- zero słońca. Przed chatką siedziała dziewczyna ze swoim rodzeństwem. Na widok aparatu przestraszyła się, ale kiedy  pokazałem jej kilka wcześniej zrobionych zdjęć, nabrała odwagi, więc zrobiłem te zdjęcie. Długo nie musiałem czekać, aby zobaczyć innych mieszkańców tej wioski. Dzieci i starsi czekali już przed naszym obozem. Zrobiłem kilka zdjęć golasowi z koteką, który swoją wielkością stanowił niezłe proporcje z moją sylwetką. Zjedliśmy na  śniadanie jajko i ryż i niezwłocznie ruszyliśmy w kierunku Syokoschimy.

Syokoschima

18-09-2011

Dzisiaj jest niedziela, ruszamy wczesnym rankiem w kierunku Syokoschimy. Z oddali  dochodzi do nas śpiew. To w pobliskim  kościele  dzieci z pastorem doniosłym  i pełnym radości głosem śpiewali piosenki. Aż nie chciało się nam stamtąd  wychodzić Zrobiliśmy kilka ujęć kamerą, daliśmy na ofiarę i ruszamy w drogę. Początkowo droga była nam znana lecz z biegiem czasu zmieniła się w krzaczastą, mokrą i porośniętą trawami wąziutką ścieżkę. Szliśmy raz w dół ,czasem w górę, wzdłuż rzeki, przez wiszące mosty wykonane z pnączy drzew.

Wioska Syokoschima do której dotarliśmy po kilku godzinach okazała się bardzo urokliwa. Widać tu już wkraczającą wielkimi krokami cywilizację. Dachy wielu domostw są tu kryte blachą, ale są też chatki tradycyjne w kształcie ula. Jest tu także szkoła. Większość dzieci jak i dorosłych ubrani są w stare koszulki, a golasków z koteką na penisie jest coraz mniej.Dzisiaj mamy więcej czasu bo droga była krótsza.  Robimy pranie i kąpiele w rzece na golasa, ha ha  ha … mamy nawet podglądaczy. Nic dziwnego bo biali ludzie są tu rzadkością i cieszą się dużym zainteresowaniem. Jest dla nas normą,  że jak wchodzimy do wioski  to jesteśmy ciągle obserwowani. Romi nasz przewodnik jest nieco podenerwowany, nie może doczekać się powrotu do domu, ponieważ jego  żona spodziewała się dziecka. Skorzystał więc z wolnej chwili i wspiął się na szczyt góry, szukając łączności telefonu komórkowego. Długo to trwało, zrobiło się już ciemno ale udało mu się dodzwonić. Dziewiąte  dziecko jeszcze się nie urodziło, a druga żona nadal oczekuje rozwiązania. Robimy porządki i przygotowania do noclegu w tradycyjnej chacie, którą przeznaczyli dla nas. Wieczór jest pogodny, więc  spędzamy go z mieszkańcami wioski. Ludzie są mili, bardzo ich interesują  różne przedmioty naszego ekwipunku. Dzieci uczą mnie słówek z papuaskiego elementarza,  ja dla odmiany polskiego i sprawia nam to wielką frajdę. Kątem oka widzę jak Dorota ukradkiem częstuje swojego Nica ciastkami, które Romi wydziela tylko dla nas; no, no uśmiecham się tylko. Jest mi jednak bardzo  przykro, że to tylko dla nas. W tej wiosce wieczór  jest  okazją do wypicia kawy i relaksu  przy zachodzącym słońcu. Jest nam trochę smutno bo to ostatnia noc  w tak  dzikim rejonie Papui. Jutro wracamy do Wameny.

Plemię Dani

To jednak nie koniec atrakcji i niespodzianek jakie czekały nas w dniu dzisiejszym. Wreszcie nadszedł czas by zobaczyć  jak  żyją plemiona w dolinie Baliem. Nasz przewodnik  prowadzi nas na tereny w pobliżu wioski Yuarema gdzie możemy podziwiać  tradycyjne plemię Dani  ich ubiory i uczestniczyć w ich codziennych czynnościach.